środa, 31 lipca 2013

Jesteś brzydka i gruba? Schudnij. Będziesz tylko brzydka.

Cóż, niegłupi ten myśliciel epoki, który owe słowa wypowiedział. Jak mówi stare, polskie przysłowie „Polać mu”.

Jeśli chodzi o nasze geny, to raczej wpływu większego na to, jak wyglądamy nie mamy. No, chyba, że los był na tyle łaskawy, że w urodzie poskąpił, ale majątkiem wynagrodził. Wtedy większość drzwi stoi przed nami otworem i nawet nadprogramowe kilogramy nie są już takim problemem.

Zaczęłam temat genów. Na próżno jest oszukiwać siebie i cały świat, że takowe odziedziczyliśmy, kilogramy wyssaliśmy z mlekiem matki, a na pokaźny numerek na wadze wpływ mają przede wszystkim nasze grube kości. Możemy oszukiwać siebie, ale niestety rzeczywistości, która jak zawsze powtarzam jest okrutna, NIE! To, jak wyglądamy to tylko i wyłącznie nasza zasługa.

Może i ludzie bywają mili, ale w gruncie rzeczy, to dosyć trudno jest powiedzieć komuś prosto w twarz, że wygląda nieestetycznie. Mamy jakiś tam system wartości, są również granice, których w relacjach międzyludzkich przekraczać się nie powinno. Właśnie owych granic nie przekroczy statystyczny amant. „Dlaczego?” zapytasz. Otóż będzie bał się, że go przytłoczysz… Kiedyś ktoś powiedział, że nie zakocha się w mądrej kobiecie, jeśli jest brzydka, no bo jak to brzmi „Poznałem dziewczynę. Wesoła, miła, mądra, ale gruba…”. Ty również masz swoje wymagania, bo jestem pewna, że je masz. Nie pozwól na to, aby ktoś kiedykolwiek najpierw ocenił Twoje zewnętrze. Uwierz, jeśli nie będzie ono przyjemne dla oka, wnętrze większej roli w owej relacji już grać nie będzie i to jest chyba w tym wszystkim najbardziej przykre i krzywdzące. Nie dostać nawet szansy, aby pokazać ile dobra możesz zaoferować…

Najmniejszego znaczenia nie będą miały dla mnie komentarze sugerujące, że moja samoocena jest wprost proporcjonalnie niska do ogromnego sarkazmu, którym biją moje notki. Ja niestety nie będę mydlić nikomu oczu. Czuję się wręcz zobligowana do powiedzenia Ci, że widzę, że o siebie nie dbasz… It’s for your own good.


Po trwającym miesiąc nieistnieniu, powracam i po prostu mówię jak jest.












niedziela, 30 czerwca 2013

Dzień z życia grubasa

Po ostatnim poście zostałam, mniej więcej, oceniona jako osoba zanadto krytykująca  otyłość, przez co automatycznie wpędzająca w depresje Panie, które bardzo delikatnie by ich uczuć nie urazić, nazywane są „plus size”. Postanowiłam dzisiaj spróbować choć na chwilę zmienić podejście do tematu. Czy rzeczywiście jedynym problemem Grubasków jest problem, który znajduje się w ich głowach?

Typowy dzień z życia pączuszka. Wstajesz rano, kawa- ciastko… Pół godziny przeglądania szafy w celu wybrania idealnego stroju. To odpada, bo w cyckach się rozjeżdża. Ta kiecka mnie poszerza. Czy wyglądam w tym grubo? Kasia, Basia, Zosia, czy wyglądam w tym grubo? Nieeee, no co Ty, wyglądasz w tym pięknie. Ledwo materiał trzyma, ale ogólnie dobrze. Później make-up. Kurde, znowu podkład się skończył, ale cóż w tym dziwnego, skoro masz większą powierzchnię do pokrycia.

W metrze jak zwykle kolejki do wejścia, ale Ty nie masz najmniejszego problemu z dostaniem się do pociągu. Z takimi gabarytami łatwiej jest się pchać między ludźmi, a jakby zaistniała taka potrzeba to i bicepsy masz nie małe. Tak więc, wsiadasz i zajmujesz swoje dwa siedzenia. Ustąpiono Ci miejsca, gdyż podejrzewano, że w 5 miesiącu ciąży jesteś. Byłabyś głupia, gdybyś z tego nie skorzystała.

W szkole, któraś o wiele chudsza koleżanka pozazdrościła Ci pączka słowami „rety, jak ja Ci zazdroszczę tego, że możesz jeść wszystko na co masz ochotę”. Ty zapytałaś, czy nie zauważyła, że jesteś na diecie, skoro pijesz colę light, zamiast tej normalnej.

Wieczorem impreza w gronie przyjaciół. Tylu przystojnych facetów dookoła, a do Ciebie akurat musiał podejść ten bez zęba i to dosłownie chwilę po odejściu tego łysego. Podczas, gdy Twoje koleżanki flirtują z facetami, Ty stoisz z boku i żaden godny osobnik nawet nie próbował Cię podrywać. Jakbyś nie istniała, co jakby nie patrzeć jest lekkim paradoksem, no nie? Jak tu Ciebie nie zauważyć? Przykro Ci jak zawsze, bo starasz się dobrze wyglądać, dbasz o siebie, ale niestety nie możesz odsłonić swojego ciała, jak Twoje półnagie koleżanki. Smutek.

Po drodze do domu wstąpisz do Maka, co by żale zajeść. Bo przecież odchudzasz się jak zwykle od jutra.

Mam nadzieję, ze nie przesadziłam z interpretacją :P. Poniosło mnie trochę i mam nadzieję, że nikogo nie uraziłam. Jeśli ktoś tego nie zrozumie, to oznacza, że nie ma i nie miał nigdy poważniejszych problemów z wagą. Nam, pulchniutkim, co najmniej jedna z powyższych sytuacji się przytrafiła.

Zarzucono mi, że mam problem ze sobą. Otóż nie mam. Po prostu nie lubię hipokryzji. Skoro wiem, że ludzie nie akceptują otyłości, to czemu mam o tym nie mówić? Skoro sama źle czuję się z tymi kilogramami, to dlaczego mam o tym nie pisać? Odchudzaj się ze smutku, odchudzaj się z uśmiechem, ale po prostu rób coś ze sobą, jeśli czujesz się źle we własnej skórze. Ni e użalaj się, nie płacz przed lustrem tylko działaj. Mnie też jest trudno zebrać się do ćwiczeń, ale przynajmniej nie chodzę i nie płaczę po kątach, bo wyglądam jak mały słoń. Nie oczekuję również, że wszyscy wokół będą mnie pocieszać i wmawiać, jaka jestem wspaniała mimo kilogramów. Nie szukam szczęścia tanim kosztem.

Chciałam w trochę bardziej humorystyczny sposób spojrzeć na ten problem. Nie mogę już słuchać, jak wszyscy wokół próbują nam wmówić, że jesteśmy cudowne i problem mamy nie z wagą, a z samoakceptacją.

Jesteśmy powierzchowni. My- okrąglutkie, również takie bywamy. Laski patrzą, jak leżą na nas cichy. Faceci oceniają nas na w skali 1-10. Ja wiem, każdy ma inne preferencje, ale obiektywnie rzecz biorąc odstajemy od kanonów piękna. I właśnie to chcę uświadomić przez swoje notki. Nie musimy tak wyglądać! Nie musimy czuć się gorsze! Ja nie chcę nikogo wpędzać w depresję. Chcę, abyś odnalazła w sobie siłę do zmiany tego, co Ci się w sobie nie podoba. Abyś nie musiała siebie tylko akceptować, ale żebyś w końcu mogła siebie pokochać.


Na koniec jak zwykle kilka motywujących fotek, ale część z Was, oczywiście, nie chciałaby tak wyglądać, prawda? ;)









czwartek, 27 czerwca 2013

Dlaczego mężczyźni nie gustują w grubych kobietach?

Jakiś czas temu poruszyłam na blogu temat samoakceptacji, oraz tego, iż nie rozumiem, jak można świadomie pozwalać, na bycie mało atrakcyjną, poprzez nadprogramowe programy. Wywołało to nie lada zamieszanie w komentarzach. Od razu zaznaczam, że nie mówię o osobach, które poprzez zdrowotne problemy noszą nadprogramowy bagaż tłuszczu. To inna sprawa. Cały czas opieramy się na świadomości potencjalnego zjadacza chleba płci żeńskiej, pochodzącego z kraju nad Wisłą.


Na początek zadam bardzo jasne i klarowne, mam nadzieję, pytanie. Dlaczego się odchudzasz, skoro tak bardzo akceptujesz siebie? Oczywiście od razu wykluczamy aspekty zdrowotne… Rozumiem, jeśli ktoś nagle złapał zajawkę na bieganie, czy pływanie. Wysmuklenie sylwetki jest normalnym następstwem długiego procesu wykonywania swojego hobby. Ale nigdy odwrotnie! Nie biegasz dla samego biegania, ale dlatego aby schudnąć, a to, że akurat ową czynność nadzwyczaj polubiłeś to zupełny przypadek.

Tacy właśnie jesteśmy. Kruche namiastki społeczeństwa, ślepo wierzące we wzniosłe ideały i szlachetne idee. Niestety świat jest okrutny. Możemy się jedynie łudzić, iż nasza błyskotliwość i wartości będą ważniejsze od tego, jak się prezentujemy. Nie chodzimy przecież z napisem na czole „Czytam Freuda” albo „Wynalazłam nowy pierwiastek”. Pierwsze wrażenie to zaledwie kilka, wielce istotnych sekund.

To jaki nosisz rozmiar nie czyni Cię gorszą, oczywiście, że nie. Masz poczucie własnej wartości, wierzysz w swoje umiejętności. Jesteś tylko nieatrakcyjna dla płci przeciwnej. Możemy się pocieszać, że jesteśmy lepsze od „tych chudych”. Ale nie zapominajmy, że nie wszystkie są głupie … ;)
Znajdzie się, oczywiście Pan- niepowierzchowny, ale statystycznie takich jednostek jest o wiele mniej od pulchniutkich kuleczek, szukających kogoś, kto zaopiekuje się ich fałdkami.

Jasne, że trzeba się bawić i korzystać z życia. Tyle, czy życie nie byłoby o wiele przyjemniejsze, gdybyśmy były zgrabne i dzięki temu piękne? Wiele drzwi stanęłoby przed nami otworem. Czułybyśmy się akceptowane, podziwiane i doceniane.

Dlaczego rozpoczęłam ten temat? Na jednym z Waszych blogu znalazłam link do artykułu, który przestawia subiektywne spojrzenie na obiektywną prawdę…  Dlaczego Panowie tak często patrzą na Panie Plus Size tak mało przychylnych wzrokiem? Poniżej kilka fragmentów artykułu. Link do całego podam na końcu notki.

"Możecie wciskać nam kit, że kochanego ciałka nigdy za wiele, że więcej fałdek to więcej powodów do kochania, że liczy się wnętrze i tym podobne bzdury. Często same zaczynacie w to wierzyć. Jako skromny przedstawiciel płci teoretycznie brzydkiej chciałem podzielić się z Wami moim spostrzeżeniem – wcale tak nie jest. Grubasek zawsze ma coś w zanadrzu – może być zaradny, bajecznie bogaty lub po prostu sympatyczny. W przypadku pań te cechy przestają mieć znaczenie, bo w większości jesteśmy jednak wzrokowcami. Ok, jesteś fajna, ale chyba nie pokazałbym się z tobą na mieście.

Dziwnym trafem wyzwolone kobiety, deklarujące samoakceptację, zazwyczaj gaszą światło w czasie miłosnych igraszek, a na plaży zasłaniają się chustami lub nie daj Boże – kocem. Wszystko wskazuje więc na to, że nie do końca lubicie siebie. A na to jest jedna rada – postaraj się coś zmienić. Zacznij się racjonalnie odżywiać, rusz tyłek, pobiegaj, popływaj, wysil się. Jeśli chcesz bez skrępowania paradować w bikini i nie krępować się partnera w sytuacjach intymnych, nie ma innego wyjścia." 

Oburzone? Obrażone? Mam nadzieję, że nie. Miało to bardziej na celu uświadomić, iż świat nie jest taki kolorowy, dobro nie powraca, a życie nie wyrówna rachunków. Ja osobiście wolałabym być tą, która sama wybiera sobie księcia, a nie czeka, aż któryś łaskawie spojrzy w moim kierunku. Dlatego walczę dalej. ;)

Nie mam wielu kompleksów, ale mam jeden pokaźnych rozmiarów. Tak gigantyczny, jak mój tyłek, uściślając... Czerpię z życia naprawdę dużo. Mam wspaniałych przyjaciół, świetnych facetów, wiele przyjemnych wspomnień. Jednak pamiętam ten czas, gdy byłam o wiele bardziej zgrabna i jak się wtedy czułam. Byłam o wiele szczęśliwsza i dużo lepiej traktowana przez świat. 
Nothing tastes as good as skinny feels. ;) 

Link do całego artykułu
Blog, na którym znalazłam artykuł













sobota, 22 czerwca 2013

2 kilosmalcu na BLOGLOVIN'


Moi mili, 

postanowiłam dołączyć do BLOGLOVIN, więc feel free to follow me. ;)
Follow my blog with Bloglovin



Dałam ciała...

Zgrzeszyłam myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem...

Nie będę siebie usprawiedliwiać, bo nawet nie mam słów, które dokładnie i odpowiednio opisałyby moje karygodne zachowanie. I nieważne, że sesja, problemy i milion myśli w głowie. Po prostu zawaliłam.

Od najbliższego poniedziałku względnie wracam na prawidłową ścieżkę. Jedyne, czego mi szkoda, to faktu, że prawie zrzuciłam te 5 kg w 3 tygodnie, ale przez brak samodyscypliny usprawiedliwiający się sesją-sresją, zyskałam 2 kg. Niby i tak jestem na minusie, jednak zawsze ten wynik mógłby być lepszy. 

Jest mi wstyd za samą siebie, jestem żałosna i nie mogę na siebie patrzeć... 

Tym przyjemnym akcentem zakończę ową notkę. Motywacji obrazkowych nie będzie, bo jest to raczej post żałobny... :v




środa, 12 czerwca 2013

Dzień Grubasa

Notka miała być zupełnie o czymś innym, ale nie mam jakoś ostatnio natchnienia do niczego. Ani do blogowania, ani do ćwiczeń…

Jak to się dzieje, że motywacja jest aż tak ulotna? Mój nastrój zmienia się dosłownie w mgnieniu oka. Nie mam na nic ochoty i jestem nieszczęśliwa. Mój dobry nastrój utopił się w moim tłuszczu.

Czasem tak się zastanawiam, jak ludzie z większą wagą mogą siebie akceptować? Wydaje mi się, że mówią  tak, gdyż są zbyt leniwi, by wziąć się w garść i o siebie zadbać. Ok, czasem po prostu się nie udaje. Czasem silna wolna okazuje się nie być wystarczająco silna. Śmieszne jest to wmawianie sobie, że jest się zadowolonym z własnego wyglądu, że nie ma się z tym żadnego problemu. Od razu pachnie to okłamywaniem samego siebie. Zajadając swoje smutki, w jednej ręce chusteczka, a w drugiej kebab.

No dobrze, załóżmy, że tak WIELKA samoakceptacja jednak istnieje. Czy nie robi się przykro, gdy ktoś spojrzy na ulicy mało przychylnym okiem? Gdy ubrań można szukać jedynie na dziale ciążowym? Gdy w autobusie chcą miejsca ustępować, bo wizualnie najprawdopodobniej spodziewamy się małego słonia? Gdy hula hop zatrzymuje się nam w talii? Oczywiście, że robi się przykro. Tylko płacz i szlochanie, , bo naszym jedynym wysiłkiem fizycznym jest ćwiczenie palców na fejsbuku. A wystarczy jedna mała zamiana- łez na krople potu.

Czy nie chciałybyśmy być bardziej atrakcyjne dla naszych facetów, mężów, kochanków, byłych i przeszłych niedoszłych? Zaraz ktoś powie, że odchudza się tylko dla siebie. Oczywiście, że się z tym nie zgadzam. Gdybym ja miała wybierać, wolałabym się objadać i nie mieć w głowie myśli o nadprogramowym balaście. Świat nie jest tolerancyjny, a życie sprawiedliwe. Jeśli masz za dużo kg, to znak dla wszechświata, że o siebie nie dbasz i jesteś mało atrakcyjna. Nie ważne, jak śliczną twarz byś miała, będziesz gorsza od tej zgrabnej z rozmiarem „0”, ale pryszczatej. I nie chodzi już nawet o to, czy jesteś bardzo towarzyska, zabawna i błyskotliwa.  I tak zawsze będzieciesz TYLKO fajną koleżanką.

Nie mam na celu tym postem nikogo urazić. Wyrażam swoją opinię na temat rzeczywistości. Po prostu nie chce mi się wierzyć, że nie czujecie się ciężkie i gigantyczne, dodając do tego fakt, jak opinia publiczna atakuje tego typu odmienność.


Miałam 3dniową przerwę od ćwiczeń. Czas na regenerację. Czas na małe zachcianki. Czas na przemyślenia i refleksje. Od wczoraj znowu na najwyższych obrotach.

Zawsze byłam przeciwnikiem wyznaczania sobie jakichkolwiek długoterminowych celów. Postanowiłam jednak, że do końca lipca będę wyglądać na tyle znośnie, aby swój szanowny tyłek móc wyprowadzić na spacer po plaży bez większej krępacji. Drugi cel to 58 kg do końca września, czyli moich urodzin. O obecnej wadze nie chcę wspominać, bo nadal się jej wstydzę :v…

Ahmmmm, dostałam kilka pytań od Was dotyczących mojego maratonu 5 kg w 3 tyg. W sobotę postaram się wszystko ładnie opisać i podać do wiadomości publicznej moje osiągnięcia :v… Dziękuję za wsparcie! : )





  














czwartek, 6 czerwca 2013

Kolejne – 2,5 kg!!!

Miałam dzisiaj nie wchodzić na wagę… Dzień sądu ostatecznego zaplanowany był na najbliższy poniedziałek. Ale oczywiście nie wytrzymałam. Jestem tylko kobietą i moja ciekawość niestety była silniejsza od zdrowego rozsądku. Cóż za zdziwienie namalowało się na mojej twarzy, gdy zaobserwowałam spadek 2,1 kg i to od ostatniej soboty. Łącznie, podczas mojego maratonu schudłam 2,5 kg, czyli jestem na półmetku. Jeśli chodzi o czas, to zostało mi jeszcze 10 dni. Owe sytuacje dają niesamowitego kopa motywacyjnego, dzięki któremu mam siłę, by robić to wszystko dalej.

Jeszcze 5 kg i wrócę do swojej dawnej wagi. To takie inspirujące… Oczywiście nie przestanę się odchudzać. Jeszcze daleko droga do tego, abym była zgrabna i powabna, ale zacznę przynajmniej być trochę zadowolona z siebie.

Leżałam wczoraj w łóżku i myślałam o tym, jaka jestem tłusta. Analizowałam każdą otłuszczoną część mojego ciała. Rozprawiałam o tym, jakie monstrualne mam uda i niezgrabne ręce. O tym, że do zliczenia wszystkich oponek na moim brzuchu brakuje mi palców jednej ręki. O tym, że mam 3 szyje i ani jednego pępka. W ogóle nie lubię siebie.

Dlatego przyspieszam!

Ćwiczenia zaplanowane na dziś:
  • E. Chodakowska killer
  • Wyzwanie zgrabne nogi
  • Kardio Mel B
  • Boczki Tiffany Rothe
  • Pośladki Mel B
  • Ręce Fitappy
  • Nogi Mel B
  • Nożyce pionowe 100
  • Nożyce poziome 100
  • Przysiady x50
razem: 115 min







środa, 5 czerwca 2013

Stretching, czyli robimy szpagat

Stretching

Codziennie, oprócz zasadniczego treningu, który składa się z ćwiczeń siłowych i typowego kardio, rozciągam się.
Oprócz korzyści w postaci niwelowania codziennego zdenerwowania, takie ćwiczenia również pozytywnie wpływają na naszą koordynację ruchową.
Osobiście poświęcam na to 10-15 minut po każdym treningu (stretching statyczny). Jest to czas na zrelaksowanie się i uspokojenie ciała po katowaniu, którego właśnie doświadczyło.
Na początku trudno było mi nawet położyć się na nogach- tak niemiłosiernie przeszkadzał mi w tym mój tłuszcz :v… Teraz, z czego jestem bardzo dumna, praktycznie jestem w stanie zrobić szpagat. No, jeszcze trochę mi może brakuje, ale podejrzewam, że to naprawdę kwestia czasu.
Rozciąganie jest dosłownie dla każdego, a już o korzyściach z niego płynących nawet nie będę wspominać… :v

Rodzaje rozciągania
Podstawowy podział zależny jest od tego, czy osoba samodzielnie wykonuje ćwiczenia (stretching aktywny), czy korzysta z pomocy partnera, który pomaga osiągnąć konkretną pozycję rozciągającą i utrzymuje ją przez wyznaczony czas (stretching pasywny).

Rozciąganie aktywne dzielimy na:
  • stretching dynamiczny – wykonujemy intensywne, za każdym razem coraz obszerniejsze ruchy. To świetny element rozgrzewki przed treningiem. W jego trakcie na przemian rozciągamy i rozluźniamy mięśnie nie zatrzymując jednak się w żadnej z tych pozycji – ciało cały czas powinno być w ruchu. Przykładem takich ćwiczeń są wymachy czy wykopy nóg. Poruszać można kolejne części ciała, stopniowo zwiększając zasięg i szybkość ruchu
  • stretching statyczny – mięsień rozciągamy powoli, a w pozycji rozciągającej pozostajemy od 15 sekund nawet do kilku minut. Uwaga! Rozciąganie statyczne nie powinno być wykonywane w ramach rozgrzewki! Utrudnia ono mięśniom pracę, wzrasta po nim ryzyko sforsowania mięśni. Warto jednak rozciągać się tak po treningu.

Poniżej zestaw ćwiczeń, który robię najczęściej. Dodatkowo wspomagam się specjalną gumą do rozciągania, która ułatwia mi wykonywanie niektórych ćwiczeń.



Dodatkowo, postanowiłam wziąć udział w wyzwaniu Sexy Leg Workout. Hmm.. ciekawa jestem efektów.











wtorek, 4 czerwca 2013

Nigdy się nie poddawaj! Na wielkie rzeczy potrzeba czasu.

Nie mam pewności, ale przez chwilę czułam się, jakby moja motywacja wróciła. Piszę notkę właśnie dlatego, by mieć to na piśmie, w towarzystwie naocznych świadków. Gdybym mogła jeszcze własną krwią bym to ostemplowała.

Nie mogę nigdy więcej pozwolić sobie na moment zwątpienia. Przecież jestem silna. To, że ze słomianym zapałem, to już druga sprawa. Muszę w końcu powalczyć o poczucie swojej własnej wartości, które jest w opłakanym stanie.

Ostatnie dni pozostawiały wiele do życzenia. Jedyne, co udało mi się utrzymać w ryzach, to mój głód nieposkromiony. Ciało poległo jak kłoda nieskore do żadnego wysiłku fizycznego.

Jeśli czujesz rezygnację, pomyśl dlaczego w ogóle zaczęłaś
Wyobraź sobie, że możesz powiedzieć „kiedyś byłam gruba”. Wyobraź sobie siebie w stroju kąpielowym. Wyobraź sobie zakupy i to, że musisz poprosić o mniejszy niż zawsze rozmiar jeansów. Wyobraź sobie, że możesz założyć wszystko, co tylko zechcesz. Wyobraź sobie, że nie musisz przebierać się rano co najmniej 10 razy, ponieważ we wszystkim wyglądasz grubo. Wyobraź sobie, że mówisz „udało się”. Wyobraź sobie, że nie skręca Cię w środku, gdy widzisz piękną, zgrabną dziewczynę przechodzącą obok. Wyobraź sobie, że jesteś szczęśliwa. Wyobraź sobie to wszystko i nigdy się nie poddawaj!

Szczęście to nie brak problemów. To umiejętność radzenia sobie z nimi. 
Więc spokojnie, nie schudniesz 15 kg w ciągu jednej nocy. Jedz zdrowo, ćwicz codziennie, a na pewno się uda. Nie martw się. Po prostu wyobraź sobie siebie za sześć miesięcy od teraz.
Łatwiej jest wstać rano i ćwiczyć, niż patrzeć w lustro każdego dnia i widzieć to, na co nie możesz już patrzeć…

Dziel się z ludźmi dookoła swoimi planami i tym, co masz zamiar jeszcze zrobić, aby osiągnąć swój cel. Będziesz podekscytowana i łatwiej Ci będzie wywiązać się ze swoich postanowień.
Nie zapominaj o jednym, staropolskim przysłowiu – nie od razu Kraków zbudowano. Małymi kroczkami do celu!
Zapisuj wszystko. Przyklej motywujące zdjęcia obok swojego lustra, ustaw wygaszacz ekranu, albo po prostu umieść wszędzie krótkie notatki, które Cię zainspirują. Widzieć, znaczy wierzyć!
Przestań patrzeć na innych ludzi i skup się jedynie na sobie!












Popularne posty