wtorek, 25 lutego 2014

Żyję, ale co to za życie...

Wczoraj był pierwszy dzień treningu od kilku miesięcy. Pierwszy dzień, gdy założyłam sportowe buty, dresy, włączyłam głośną muzykę, a na monitorze ukazała mi się Ewka.

Wraz z pierwszymi minutami ćwiczeń, zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo tego wszystkiego nienawidzę. Tego, że w ogóle muszę ćwiczyć. Tego, że muszę się katować i wylewać w równych ilościach pot i łzy. 

Później uświadomiłam sobie, że to wina tego świata. To on wymaga ode mnie bycia zgrabną i piękną. Strasznie jest to przykre i krzywdzące, a że niesprawiedliwe, to chyba nawet nie muszę wspominać. 

Dalej przyszła myśl, że ten świat przecież ludzie tworzą. To oni wyznaczają trendy. To oni określają to, co można nazwać pięknym. Wiem, że to w sumie sprawa subiektywna, jednak widzę, że społeczeństwo ulega takim wpływom. A ja nienawidzę słowa "musisz". Paradoksalnie sprawia, że jeszcze bardziej mi się nie chce. 

W jaki sposób mam się zmotywować, żeby mi siły starczyło na tak trudną walkę ze samą sobą? Jak mam wierzyć, że tym razem się uda, skoro tak naprawdę jeszcze nigdy do końca się nie udało? Zrobiłabym wszystko, aby schudnąć. Dosłownie wszystko, oprócz ćwiczenia i zdrowego odżywiania ( ;) ). 

Staram się mieć to wszystko gdzieś, ale dziwić się potem od czego mi tyłek rośnie. Ile rzeczy należy mieć w dupie, to się w głowie nie mieści.

Popularne posty